Łączna na granicy wybuchu. Policyjny kordon, przerażone zwierzęta i pytania, na które państwo musi odpowiedzieć
ŁĄCZNA/DOLNY ŚLĄSK. W Łącznej robi się niebezpiecznie. I nie chodzi już wyłącznie o los zwierząt. W czwartek, 15 października, późnym popołudniem i wieczorem przed ogrodem zoologicznym ponownie zgromadzili się ludzie, którzy domagają się wyjaśnienia działań policji i prokuratury. Po jednej stronie policyjny kordon, hełmy i tarcze, po drugiej mieszkańcy, sympatycy ogrodu i osoby wspierające Marcina Nowaczyka. Napięcie jest tak duże, że wystarczy jeden nieprzemyślany ruch, aby doszło do kolejnych starć. Jeżeli odpowiedzialne instytucje nie zaczną prowadzić rzeczywistego dialogu ze społeczeństwem, wydarzenia w Łącznej mogą przybrać tragiczny obrót. Jeszcze kilka dni temu Łączna była niewielką miejscowością, którą tysiące ludzi kojarzyły z prywatnym ogrodem zoologicznym. Dziś obrazy z tej wsi bardziej przypominają relacje z poważnych niepokojów społecznych. Policyjne radiowozy, funkcjonariusze wyposażeni w sprzęt ochronny, tłum obserwujących i atmosfera narastającej nieufności. W czwartkowy wieczór trudno oprzeć się wrażeniu, że sytuacja wymyka się z ram zwykłej interwencji służb. Problem polega na tym, że każde kolejne wydarzenie rodzi następne pytania, a udzielane dotychczas odpowiedzi nie rozwiewają obaw ludzi, którzy od lat znają to miejsce. Zwierzęta miały zostać uratowane. Czy rzeczywiście są bezpieczniejsze? Interwencja, która rozpoczęła się 12 października, prowadzona jest w ramach śledztwa dotyczącego podejrzenia znęcania się nad zwierzętami. Pięciu osobom związanym z ogrodem przedstawiono zarzuty. Prokuratura wskazuje między innymi na niewłaściwe warunki utrzymywania zwierząt, niedostateczne żywienie i zaniedbania weterynaryjne. Śledczy poinformowali również o odnalezieniu zakopanych kości zwierząt, których pochodzenie i okoliczności śmierci wymagają wyjaśnienia. Zwrócili uwagę na niewystarczające zapasy karmy i zbyt niską temperaturę w miejscach przebywania części egzotycznych gatunków. Są to poważne ustalenia, których nie można lekceważyć. Jednocześnie pozostają one przedmiotem postępowania, a wina podejrzanych nie została prawomocnie stwierdzona. Jednak równie poważnie należy traktować pytania o sposób przeprowadzenia samej interwencji. Na terenie ogrodu nadal znajdują się setki zwierząt. Wśród nich lemury, wymagające odpowiednich warunków termicznych, oraz wataha wilków, którą mieliśmy okazję obserwować. Zwierzęta przebywały w swojej zagrodzie, oddalonej od policyjnego kordonu i zamieszania przy drodze. Wilki wyglądały na dorodne, nie wykazywały widocznych oznak wychudzenia. Oczywiście sam wygląd nie zastępuje badania weterynaryjnego, ale trudno ignorować również to, co można zobaczyć na własne oczy. Osoby zgromadzone przed ogrodem alarmowały, że na terenie obiektu miał zostać odcięty prąd. Jeśli tak się stało, natychmiastowego wyjaśnienia wymaga sposób zapewnienia ciepła zwierzętom, które nie są przystosowane do październikowych temperatur na Dolnym Śląsku. Pojawiają się także relacje o nieprawidłowym karmieniu zwierząt, w tym podawaniu surowego mięsa w plastikowych opakowaniach. Policja zapewnia tymczasem, że zwierzęta otrzymują pokarm i wodę pod nadzorem specjalistów. Problem w tym, że wobec ograniczonego dostępu do ogrodu osoby obserwujące sytuację z zewnątrz nie mają możliwości zweryfikowania tych zapewnień. Stres, rozdzielone zwierzęta i zniszczone ogrodzenia Dobrostan zwierząt nie sprowadza się wyłącznie do zawartości miski i temperatury pomieszczenia. To również poczucie bezpieczeństwa, przewidywalne otoczenie, relacje społeczne oraz kontakt z opiekunami, do których zwierzęta są przyzwyczajone. W Łącznej część zwierząt została już wywieziona. Według informacji przekazanych po czwartkowym posiedzeniu Gminnego Zespołu Zarządzania Kryzysowego 33 zwierzęta przewieziono do placówek w Belgii i Holandii. W ogrodzie, według danych przekazanych przez policję, pozostawało około 667 zwierząt. W przypadku gatunków społecznych rozdzielanie osobników, zmiana środowiska i transport mogą stanowić poważne źródło stresu. Nagłe oddzielenie od znanych opiekunów również może wpływać na zachowanie zwierząt. Każda taka decyzja wymaga więc indywidualnej oceny specjalistów. Tymczasem od trzech dni okolice ogrodu są miejscem intensywnych działań służb, przejazdów pojazdów, protestów i hałasu. Nie sposób zakładać, że pozostaje to obojętne dla zwierząt. Szczególnie niepokojące są informacje dotyczące uszkodzonych ogrodzeń. Według relacji docierających z Łącznej w niektórych miejscach siatki zostały przecięte, a solidne, osadzone w betonie elementy ogrodzenia są zniszczone lub przewrócone. Nie wiadomo, kto odpowiada za te uszkodzenia i w jakich okolicznościach do nich doszło. Właściciele ogrodu informowali już o danielach, muflonach i lamach, które znalazły się poza swoimi wybiegami. To rodzi kolejne pytania. Czy wszystkie zabezpieczenia zostały sprawdzone? Czy istnieje ryzyko wydostania się zwierząt poza teren ogrodu, również do pobliskich lasów? Kto ponosi odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo? Jeżeli działania służb mają służyć ochronie zwierząt, nie mogą jednocześnie stwarzać dla nich nowych zagrożeń. Mieszkańcy bronią człowieka, którego znają od lat W rozmowach z osobami zgromadzonymi przed ogrodem powraca jedno nazwisko: Marcin Nowaczyk. Dla ludzi, którzy mieszkają w Łącznej i okolicach, nie jest on anonimowym przedsiębiorcą z medialnych doniesień. To człowiek, którego znają, którego pracę obserwowali i którego ogród wielokrotnie odwiedzali. Rozmówcy podkreślają, że nigdy nie byli świadkami znęcania się nad zwierzętami. Wskazują na ich kondycję, zachowanie i oswojenie z obecnością człowieka. Zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt. ZOO Łączna nie było zamkniętą, niedostępną dla otoczenia hodowlą. Był to obiekt publicznie prezentujący zwierzęta, do którego przyjeżdżały rodziny z dziećmi, wycieczki i turyści. Zwierzęta można było obserwować z bliska. Czy zatem wieloletnie, rażące zaniedbania mogły pozostawać niezauważone przez odwiedzających? To pytanie jest zasadne, choć trzeba pamiętać, że pozytywne doświadczenia gości nie wykluczają nieprawidłowości niewidocznych podczas zwiedzania. Podobnie przyjazne zachowanie zwierzęcia wobec człowieka nie jest samo w sobie dowodem prawidłowej opieki. Jednak relacje ludzi, którzy znają ogród od lat, również zasługują na wysłuchanie i skonfrontowanie z ustaleniami śledczych. Marcin Nowaczyk nie przyznaje się do zarzucanych mu czynów. W czwartek sąd nie uwzględnił wniosku prokuratury o jego tymczasowe aresztowanie. Decyzja ta nie rozstrzyga o zasadności zarzutów, ale jest istotnym wydarzeniem w toczącym się postępowaniu. Państwo musi wyjaśnić nie tylko dlaczego, ale również jak Wojewódzki Inspektorat Weterynarii poinformował, że transport 21 zwierząt do Holandii, przeprowadzony 13 października, odbył się zatwierdzonym pojazdem do przewozów długodystansowych, z udziałem uprawnionego kierowcy. To ważna informacja wobec zastrzeżeń zgłaszanych przez świadków dotyczących sposobu przewożenia zwierząt. Nie wyjaśnia jednak wszystkich okoliczności pozostałych transportów ani samego procesu odławiania zwierząt. Tym bardziej potrzebne jest przedstawienie pełnej dokumentacji tych działań. Wiadomo również, że Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska od 5 sierpnia prowadzi odrębne postępowanie administracyjne dotyczące cofnięcia zezwolenia na prowadzenie ogrodu. Instytucja podkreśla, że postępowanie to nie jest związane z działaniami policji i prokuratury. Powstaje zatem pytanie o całokształt sytuacji i o to, czy społeczeństwu przedstawiono w sposób wystarczająco zrozumiały wszystkie okoliczności, które doprowadziły do tak radykalnych działań. W czwartek, na polecenie wojewody dolnośląskiej Anny Żabskiej, zebrał się Gminny Zespół Zarządzania Kryzysowego. Jego zadaniem jest między innymi koordynacja opieki nad zwierzętami, ustalenie ich potrzeb oraz zapewnienie odpowiedniego wsparcia weterynaryjnego. To potrzebna decyzja. Trzeba jednak zapytać, dlaczego przy tak dużej operacji konieczność dodatkowej koordynacji pojawia się dopiero w sytuacji narastającego kryzysu. Czy wszystkie scenariusze zostały wcześniej przewidziane? Czy przygotowano wystarczające zaplecze dla setek zwierząt? Czy istniał plan zapewnienia im ciągłości opieki w przypadku zatrzymania osób prowadzących ogród? I wreszcie: kto bierze odpowiedzialność za całość przedsięwzięcia? Gdzie są ci, którzy tak chętnie fotografowali się ze zwierzętami? Wśród osób zgromadzonych w Łącznej pada również pytanie o polityków, samorządowców i osoby publiczne, które przez lata odwiedzały ogród. Nie brakowało przecież okazji do fotografowania się z egzotycznymi zwierzętami, publikowania zdjęć i opowiadania o niezwykłej atrakcji regionu. Dziś mieszkańcy pytają, gdzie są ci wszyscy ludzie. Nie chodzi o to, aby ktokolwiek ingerował w niezależne postępowanie prokuratury. Chodzi o zainteresowanie losem zwierząt, wyjaśnienie sytuacji i pomoc w zapewnieniu bezpieczeństwa. Publiczne zainteresowanie nie powinno kończyć się w chwili, gdy znika okazja do atrakcyjnego zdjęcia. W Łącznej wystarczy iskra. Kto weźmie odpowiedzialność za konsekwencje? Czwartkowy wieczór pokazał, jak niebezpiecznie napięta stała się sytuacja. Po jednej stronie drogi funkcjonariusze policji, po drugiej ludzie przekonani, że dzieje się coś, czego nie rozumieją i na co nie mają żadnego wpływu. Wśród zgromadzonych jest niepokój o zwierzęta, gniew, niedowierzanie i poczucie bezsilności. Takie emocje, jeśli nie zostaną odpowiednio potraktowane, mogą prowadzić do niebezpiecznej eskalacji. Nie potrzeba kolejnej konfrontacji. Nie potrzeba rannych, zatrzymanych ani następnej nocy pełnej agresji i chaosu. Potrzeba odpowiedzialności. Państwo ma prawo prowadzić postępowania, egzekwować przepisy i interweniować, gdy istnieje podejrzenie krzywdzenia zwierząt. Ale ma również obowiązek działać proporcjonalnie, zapewniać bezpieczeństwo i w możliwym prawnie zakresie wyjaśniać obywatelom swoje decyzje. Tajemnica śledztwa nie oznacza przecież, że nie można przekazać rzetelnych informacji o aktualnym stanie zwierząt, zasadach ich zabezpieczania, podejmowanych działaniach i instytucjach odpowiedzialnych za ich dalszy los. Dziś mieszkańcy nie oczekują kolejnych ogólnikowych deklaracji. Oczekują odpowiedzi popartych faktami. Jeżeli zwierzęta były krzywdzone, należy to udowodnić i wyciągnąć konsekwencje wobec osób odpowiedzialnych. Jeżeli podczas interwencji popełniono błędy, one również powinny zostać wyjaśnione. Jeżeli transporty odbywały się zgodnie z przepisami, należy przedstawić dokumenty i rozwiać wątpliwości. A jeśli istnieje zagrożenie dla zwierząt pozostających w ogrodzie, trzeba je niezwłocznie usunąć. W tej historii nie może być miejsca ani na bezkarność, ani na samowolę, ani na zastępowanie dowodów emocjami. Dotyczy to wszystkich stron. Sprawa Łącznej dawno przestała być wyłącznie lokalnym konfliktem wokół prywatnego ogrodu zoologicznego. Stała się również sprawdzianem zdolności instytucji państwa do przeprowadzenia trudnej interwencji w sposób budzący społeczne zaufanie. A tego zaufania wyraźnie dziś brakuje. Nie wolno dopuścić do sytuacji, w której kolejne dni przyniosą jeszcze większy chaos, a odpowiedzi na najważniejsze pytania nadejdą dopiero wtedy, gdy wydarzy się tragedia. Bo w Łącznej ludzie nie domagają się przywilejów. Domagają się prawdy. O zwierzętach, o człowieku, który przez lata prowadził ten ogród, i o działaniach instytucji, które postanowiły wkroczyć na jego teren. I mają prawo tę prawdę poznać. EK