ŁĄCZNA/DOLNY ŚLĄSK. Zwierzęta wywożone za granicę, zatrzymane osoby prowadzące ogród, a przed bramą mieszkańcy spychani policyjnymi tarczami. Interwencja w ZOO Łączna miała służyć ochronie zwierząt. Jej przebieg wymaga dziś równie uważnej kontroli jak warunki, które miały się stać podstawą śledztwa. Zarzuty wobec prowadzących ogród są poważne. Nie zwalniają jednak państwa z obowiązku wyjaśnienia własnych decyzji.
W środę wieczorem, 14 października, pod ogrodem w Łącznej w gminie Mieroszów doszło do kolejnej konfrontacji. Kilkadziesiąt osób blokowało drogę, próbując powstrzymać transporty zwierząt. Do miejscowych policjantów dołączyli funkcjonariusze Oddziału Prewencji Policji z Wrocławia. Użyto tarcz i siły fizycznej. Zatrzymano cztery osoby. Jednej osobie udzielono pomocy medycznej; nie przewieziono jej do szpitala.
Komisarz Marcin Świeży z wałbrzyskiej policji przekazał, że uczestnicy blokady wielokrotnie nie wykonywali poleceń zejścia z jezdni i byli uprzedzani o użyciu przymusu. Według policji cztery osoby zatrzymano w związku z naruszeniem nietykalności funkcjonariuszy; jedna miała rzucić jajkiem, które rozbiło się na mundurze. Wcześniej, we wtorek, zatrzymano inną uczestniczkę protestu. To osobne zdarzenia od zatrzymania pięciu osób związanych z prowadzeniem zoo.
Tak wyglądał wieczorny finał kolejnego dnia operacji, której sensu i przebiegu wielu mieszkańców nadal nie rozumiało. Ich obaw nie można sprowadzać do przeszkadzania służbom. Z relacji opiekunów i sympatyków wynikał przede wszystkim niepokój: co dzieje się ze zwierzętami, dokąd i w jakich warunkach są zabierane i czy ktokolwiek zagwarantuje im lepsze? Zasadność i proporcjonalność użytej wobec protestujących siły wymagają oceny na podstawie pełnych nagrań oraz dokumentacji interwencji.
Za policyjnym kordonem znalazło się rodzinne przedsięwzięcie Nowaczyków, które status ogrodu zoologicznego uzyskało w 2012 roku. Ogród deklaruje utrzymywanie się z biletów i wsparcia darczyńców oraz współpracę z ośrodkiem Reniala na Madagaskarze. Jeszcze we wrześniu informowano o otwarciu „Śpiewającej Azji” — ekspozycji o powierzchni ponad 600 metrów kwadratowych, prezentującej 11 gatunków ptaków. To także część obrazu Łącznej: miejsce rozwijane przez lata, z którym związali się pracownicy i odwiedzający.
Sprawa nie zaczęła się 13 października. Już 18 maja 2026 roku w zoo prowadzono czynności prokuratorskie i zabezpieczano dokumentację. W majowym materiale Wałbrzych24 opisano przejęcie rejestrów hodowlanych, ewidencyjnych oraz dokumentacji medycznej. Przytoczono również stanowisko powiatowego lekarza weterynarii Bogusława Czerskiego: podczas wcześniejszych kontroli z udziałem policji i gminy nie stwierdzano nieprawidłowości noszących znamiona okrutnego traktowania zwierząt. Lekarz mówił o pasji właściciela, ale zarazem przestrzegał, że sytuacja prywatnej hodowli może się pogorszyć i wymaga stałego nadzoru.
Jeszcze istotniejszą informację przytoczyła przy okazji październikowej akcji Telewizja Dami Region. W publikacji dotyczącej wątpliwości Bogusława Czerskiego pojawia się jego wypowiedź: „W piątek nie stwierdziliśmy uchybień”. Bez pełnego protokołu nie sposób ustalić zakresu tej oceny ani rozciągać jej na każdy element funkcjonowania ogrodu. To jednak informacja wymagająca zestawienia z późniejszą decyzją o odbieraniu zwierząt. Jakie konkretnie ustalenia różniły te oceny? Kto i na jakiej podstawie uznał, że konieczna jest tak daleko idąca interwencja?
Równolegle istniały ustalenia niekorzystne dla zoo. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska podała, że kontrola RDOŚ, prowadzona od 26 lipca 2024 roku do 12 września 2025 roku, wykazała m.in. niewykonanie części wcześniejszych zaleceń, nieodpowiednie warunki dla części gatunków i braki w dokumentacji hodowlanej oraz dokumentach pochodzenia części zwierząt. 5 sierpnia 2026 roku wszczęto postępowanie w sprawie cofnięcia zezwolenia na prowadzenie ogrodu.
Komunikat GDOŚ z 13 października nie informował jednak o zakończonej procedurze cofnięcia zezwolenia. Przeciwnie: wskazywał, że postępowanie trwa, a podmiot ma w najbliższych dniach podjąć działania usuwające nieprawidłowości. Ta chronologia ma znaczenie. Opinia publiczna powinna wiedzieć, jakie uchybienia próbowano usuwać w procedurze administracyjnej, a jakie nowe dowody uzasadniły działania prokuratury. Są to odrębne postępowania, których nie można zlewać w jeden oskarżycielski komunikat.
12 października, dzień przed wejściem służb, Marcin Nowaczyk publicznie informował o sygnałach dotyczących planowanego odebrania zwierząt. Zapewniał o posiadaniu dokumentacji, deklarował współpracę i ostrzegał przed konsekwencjami przenoszenia podopiecznych. Prosił o spokojne wsparcie, bez agresji i rozpowszechniania niepotwierdzonych informacji. „Nie prosimy o konflikt. Prosimy o uwagę, transparentność i dobro zwierząt” – podkreślał.
Następnego ranka doszło do zatrzymań, przeszukań i odławiania zwierząt. Obecny na miejscu adwokat Łukasz Opaliński, reprezentujący stronę właścicieli, kwestionował dostęp do informacji i dokumentów uzasadniających transport. Mówił, że nie widział dokumentów pozwalających zwierzętom wyjechać, wskazywał na nieobecność powiatowego lekarza weterynarii i podawał w wątpliwość nadzór nad odłowem. Radio informowało również, że dziennikarzy nie wpuszczono na teren ogrodu. Były to zarzuty pełnomocnika i relacja redakcji z pierwszego dnia, nie prawomocne ustalenia o bezprawności akcji.
Dami podawało jeszcze późnym wieczorem 13 października, że zatrzymanym nie przedstawiono zarzutów. Następnego dnia stan sprawy się zmienił: prokuratura poinformowała o zarzutach wobec pięciu osób. Cztery osoby po przesłuchaniach zwolniono z zastosowaniem środków wolnościowych, natomiast wobec głównego właściciela prokuratura zdecydowała o skierowaniu wniosku o tymczasowe aresztowanie. Wniosek aresztowy ma być rozpatrzony na posiedzeniu sądu dziś,
Śledczy zarzucają osobom odpowiedzialnym za ogród zaniedbania dotyczące co najmniej 561 zwierząt: niewłaściwe żywienie, brak należytej opieki weterynaryjnej, nieodpowiednią przestrzeń i warunki sanitarne, brak czystej wody oraz narażanie na niekorzystne temperatury. Według prokuratury skutkiem miały być choroby, niedożywienie i śmierć części zwierząt. Są to zarzuty wymagające zbadania, a nie wyrok.
14 października prokuratura opublikowała też komunikat o znalezionych na terenie zoo zakopanych kościach, zwłaszcza zwierząt kopytnych. Zaznaczyła, że przyczyny ich śmierci nie są na razie wyjaśnione. Podała również informacje o niedostatecznym zapasie karmy i utrzymywaniu części zwierząt w zimnie, niezgodnie z potrzebami gatunkowymi. Zapowiedziano pomoc samorządu i ogrzewane namioty. Samo odnalezienie kości nie rozstrzyga przyczyn śmierci. Odpowiedź wymaga badań i powiązania wyników z dokumentacją konkretnych zwierząt.
W tej samej sprawie pozostaje jednak drugi, niezależny obowiązek: rozliczalność służb. Nawet ewentalne potwierdzenie zaniedbań w zoo nie wyjaśni automatycznie, czy prawidłowo przeprowadzono każdy odłów, transport i policyjną interwencję. Państwo musi umieć odpowiedzieć również za to, co wydarzyło się po przejęciu kontroli nad zwierzętami.
Jedna z najpoważniejszych rozbieżności dotyczy karmienia i dostępu opiekunów do podopiecznych. Pracownicy alarmowali, że odsunięto ich od zwierząt i nie mogą wykonywać zwykłych obowiązków. Policja zapewniała natomiast w komunikacie, że zwierzęta są karmione i pojone we właściwych porach, pod nadzorem specjalistów, a działania odbywają się w obecności wojewódzkiego inspektora weterynarii.
Dami, powołując się na prokuraturę, podało później informację o zaangażowaniu wykwalifikowanych pracowników zoo w Opolu do zabezpieczania i karmienia zwierząt. Udział tych specjalistów jest istotny. Nie odpowiada jednak sam w sobie na pytanie, jak zorganizowano opiekę od początku akcji i co dokładnie działo się w godzinach, których dotyczą relacje pracowników Łącznej.
Rozstrzygnięcie tego sporu wymaga konkretnych danych: kto przejął obowiązki opiekunów, kiedy karmiono i pojono poszczególne grupy, kto ustalał dawki oraz kto odpowiadał za zwierzęta pozostające na miejscu. Brak dostępu dotychczasowych pracowników nie dowodzi jeszcze, że zwierzęta zostały bez opieki. Zapewnienie o obecności specjalistów również nie zastępuje dokumentacji wykonanych czynności.
Znane są już konkrety dotyczące zagranicznego transportu. Według komunikatu Dolnośląskiego Wojewódzkiego Lekarza Weterynarii, na policyjny wniosek z 7 października oddelegowano pracownika do obsługi systemu TRACES. 13 października wystawiono sześć świadectw zdrowia obejmujących 21 zwierząt: sześć surykatek, jedną walabię Bennetta, trzy kangury rude, cztery sajmiri, arę, tygrysa bengalskiego, dwa tukany i trzy czubacze. Zwierzęta skierowano do uprawnionych podmiotów w Holandii.
Według tego samego komunikatu miejsca docelowe wskazał przedstawiciel policji działającej pod nadzorem prokuratury. Transport opuścił zoo późnym wieczorem; miał odbywać się zatwierdzonym pojazdem do przewozów długodystansowych i z uprawnionym kierowcą. Inspekcja podała też, że ewentualne dalsze przewozy krajowe odbędą się bez udziału jej pracowników, ponieważ nie wymagają takich świadectw zdrowia.
Ta informacja potwierdza istnienie określonej dokumentacji transportowej. Pozostawia jednak pytanie o zakres nadzoru nad całą operacją. Kto odpowiadał za ocenę konieczności przeniesienia każdego zwierzęcia? Kto sprawdził miejsce docelowe i zapewni kontrolę po przyjeździe? Świadectwo zdrowia potrzebne do przewozu nie jest pełnym publicznym sprawozdaniem z dobrostanu przed transportem, w jego trakcie i po zakończeniu podróży.
Prokuratura informowała, że pierwszego dnia z ogrodu wywieziono około 30 zwierząt. Liczba 21 dotyczy wskazanego transportu do Holandii – nie całej operacji. Według stanowiska śledczych zwierzęta są zabezpieczane w postępowaniu, a o ich ewentualnym przepadku ma zdecydować sąd. Rzecznik Mariusz Pindera zapewniał także, że do tego czasu pozostają własnością zoo. Prokuratura zaprzeczała doniesieniom o planowanym uboju.
Skoro zwierzęta nadal należą do zoo, tym bardziej zasadne jest oczekiwanie pełnej informacji o każdym przekazanym osobniku: miejscu pobytu, stanie zdrowia, podmiocie odpowiedzialnym i warunkach ewentualnego powrotu. Państwowa odpowiedzialność nie kończy się na wyjeździe samochodu z bramy ogrodu.
Niejasności dotyczą również podziału ról między organizacjami. W relacji Radia Wrocław mecenas Sara Balcerowicz, pełnomocniczka fundacji Mondo Cane, mówiła o kilkunastu wyznaczonych podmiotach w Polsce i Unii Europejskiej, w tym placówce w Holandii.
Z kolei Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, oddział w Krynicy-Zdroju, w oświadczeniu opisanym przez 24jgora.pl podkreślało, że nie organizuje przenoszenia zwierząt, nie zna szczegółów operacji i nie zostało poinformowane o zaplanowanych czynnościach. Organizacja, która wcześniej składała zawiadomienia dotyczące ogrodu, informowała o poszukiwaniu miejsc dla zwierząt i ustaleniach prowadzonych przez WhatsApp. Wystąpiła do prokuratury z pytaniami i wnioskami oraz skierowała skargę do prokuratury okręgowej.
Nie jest to więc prosty obraz wszystkich organizacji zgodnie popierających sposób prowadzenia akcji. Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt także opublikował apel o rozważne i bezpieczne działania wobec zwierząt z Łącznej, przedstawiając się jako zawiadamiający w sprawie. Poszczególnych organizacji nie należy wrzucać do jednego worka ani przypisywać im zbiorowo czynności wykonanych przez inne podmioty.
Na ten problem zwrócił uwagę również Kanał Zero. Konrad Krasuski opisał relacje i materiały krążące w internecie, według których zainteresowanie konkretnymi gatunkami zgłaszano przed interwencją, a część potencjalnych odbiorców miała dysponować gorszymi warunkami niż zoo. Przedstawił też wątpliwości anonimowego pracownika Inspekcji Weterynaryjnej dotyczące przygotowania transportu oraz zarzuty swoich rozmówców wobec sposobu doboru biegłych.
Te doniesienia nie są potwierdzonym ustaleniem o handlu zwierzętami, ustawianiu opinii czy popełnieniu przestępstwa przez organizatorów akcji. Wymagają sprawdzenia oryginalnych materiałów, ich autorstwa i pełnego kontekstu. Wcześniejsze szukanie miejsc może być elementem odpowiedzialnego przygotowania. Kluczowe jest, czy późniejsze decyzje wynikały z potrzeb konkretnych zwierząt i oceny warunków u odbiorców.
Patryk Słowik z Kanału Zero akcentował natomiast potrzebę kontroli dalszych losów odebranych zwierząt: ustalenia, komu je powierzono, jakie warunki im zapewniono i kto to sprawdzi. To pytania, które powinny towarzyszyć sprawie długo po zakończeniu obecności policji pod ogrodem.
Szczególnego wyjaśnienia wymaga przy tym oficjalny apel prokuratury z 14 października o pomoc w przyjmowaniu zwierząt. Śledczy napisali, że mieli przygotowany scenariusz relokacji, ale część organizacji wycofuje wcześniejsze deklaracje z obawy przed hejtem i agresją. Prokuratura przyznała, że bez wsparcia organizacji nie uda się szybko przeprowadzić relokacji.
Groźby i agresja wobec uczestników postępowania wymagają reakcji. Apel ten pokazuje jednak, że podczas trwającej już operacji pojawił się problem z wykonaniem przygotowanego planu. Właśnie dlatego potrzebna jest odpowiedź, jakie zabezpieczono rozwiązania zastępcze i kto gwarantował ciągłość opieki. Trudno oczekiwać społecznego spokoju wyłącznie na podstawie zapewnienia, że wszystko odbywa się dla dobra zwierząt.
Sympatycy ogrodu uruchomili petycję, domagając się przejrzystego postępowania, obecności niezależnych obserwatorów i mediów oraz ochrony zwierząt przed skutkami przymusowego przenoszenia. To postulaty, które można ocenić bez przesądzania wyniku śledztwa. Prawo do kontroli działań służb przysługuje również ludziom przekonanym, że ich sąsiadów i znajome im zwierzęta potraktowano niesprawiedliwie.
O wyjaśnienia występują też lokalni samorządowcy. Radny powiatu wałbrzyskiego Michał Broda poinformował o wniosku dotyczącym omówienia sytuacji zoo na sesji i pilnym posiedzeniu komisji z udziałem właściwych instytucji. Radni klubu Wasza Gmina Mieroszów wskazali na dobrostan zwierząt, przejrzystość decyzji i znaczenie ogrodu dla mieszkańców.
Obrona ZOO Łączna ma dziś mocny, konkretny sens: oznacza sprzeciw wobec publicznego wydawania wyroków, żądanie rzetelnego zbadania zarzutów i równie rzetelnej kontroli działań państwa. Właściciele mają odpowiedzieć za udowodnione zaniedbania, jeśli takie zostaną wykazane. Służby i podmioty przejmujące opiekę muszą odpowiedzieć za własne decyzje oraz skutki transportów.
Po zatrzymaniach, wieczornej interwencji z tarczami i wywozie zwierząt potrzebne są sprawdzalne odpowiedzi. Dokumentacja ocen weterynaryjnych. Podstawy decyzji dotyczących poszczególnych zwierząt. Pełny wykaz ich miejsc pobytu. Informacja o kontroli nowych warunków i odpowiedzialności za ewentualną krzywdę.
Bez tego mieszkańcom pozostają obrazy siły i zapewnienia, którym mają uwierzyć na słowo. A dobro zwierząt jest zbyt poważną sprawą, by komukolwiek – także państwu – wystawiać w tej sprawie czek in blanco.
EK
fot: Telewizja DAMI Region / Czarny Bór Gmina – nowe spojrzenie






