_temat_dnia,  Aktualności,  Kamienna Góra,  Regionalne

Koszy ubywa z ulic Kamiennej Góry. Oszczędność czy przepis na więcej śmieci?

KAMIENNA GÓRA. Mieszkańcy Kamiennej Góry coraz częściej zwracają uwagę na znikające z ulic kosze na drobne odpady. Do redakcji ID-24 docierają sygnały, że w niektórych częściach miasta znalezienie miejsca, do którego można wyrzucić papierek, butelkę czy opakowanie po jedzeniu, staje się coraz trudniejsze. Sprawdziliśmy, z czego wynika ta sytuacja.

Problem jest bardziej złożony, niż mogłoby się wydawać. Nie wszystkie ulice w Kamiennej Górze należą bowiem do miasta. Częścią dróg zarządzają inne jednostki, m.in. powiat oraz zarządca dróg wojewódzkich. A wraz z ustawieniem kosza pojawia się obowiązek jego regularnego opróżniania i utrzymywania.

Jak wynika z informacji uzyskanych przez redakcję w urzędzie miasta, przy drogach pozostających w zarządzie Kamiennej Góry kosze nadal są ustawiane, jednak ich liczba jest obecnie mniejsza niż przed laty. Miasto stara się zapewnić je przede wszystkim tam, gdzie są najbardziej potrzebne.

Inaczej wygląda sytuacja przy ulicach należących do innych zarządców. Ci nie są zainteresowani zwiększaniem liczby ulicznych koszy, ponieważ oznacza to kolejne, stałe wydatki.

Mały kosz, duży koszt

Uliczny kosz wygląda niepozornie, ale jego utrzymanie nie kończy się na jednorazowym zakupie i przykręceniu go do chodnika.

Takie pojemniki trzeba regularnie, często codziennie, opróżniać. Dochodzą do tego koszty pracowników, transportu odpadów, worków, mycia, napraw oraz wymiany zniszczonych pojemników. Przy kilkudziesięciu czy kilkuset punktach na terenie miasta z pozornie niewielkiego wydatku robi się znacząca pozycja w budżecie.

To zasadnicza różnica w porównaniu z dużymi pojemnikami na odpady komunalne, których odbiór odbywa się według określonego harmonogramu. Mały kosz stojący przy ruchliwej ulicy może wymagać obsługi każdego dnia.

Parki, place zabaw i zalew pozostaną wyposażone w kosze

Miasto nie zamierza natomiast rezygnować z koszy w miejscach rekreacyjnych i przestrzeniach, w których mieszkańcy spędzają więcej czasu.

Dotyczy to m.in. parków, skwerów, placów zabaw, boisk czy terenów nad zalewem oraz przystanków (nawet tych, które znajdują się przy drogach nie należących do miasta). W takich miejscach dostęp do koszy ma być utrzymywany, ponieważ ich brak bardzo szybko prowadziłby do zaśmiecenia otoczenia.

To również miejsca, w których ludzie jedzą, piją, spacerują z dziećmi czy odpoczywają, a więc naturalnie powstaje tam więcej drobnych odpadów.

Japonia bez koszy? To działa, ale za tym stoi kultura

W dyskusjach dotyczących ograniczania liczby ulicznych koszy często pojawia się przykład Japonii. W wielu japońskich miastach publicznych koszy rzeczywiście jest niewiele, a mimo tego ulice pozostają wyjątkowo czyste.

Tyle że nie stało się to z dnia na dzień.

Tamtejsza kultura zakłada, że jeśli nie ma gdzie wyrzucić opakowania, człowiek zabiera je ze sobą i pozbywa się go później w odpowiednim miejscu. Papier czy pustą butelkę wkłada się do torby, plecaka lub po prostu niesie do domu.

Przeniesienie takiego modelu jeden do jednego do polskiego miasta może być jednak ryzykowne. Zmiana liczby koszy trwa chwilę. Zmiana przyzwyczajeń społecznych trwa lata.

Mniej koszy może oznaczać więcej śmieci na ziemi

To właśnie największe zagrożenie związane z ograniczaniem ich liczby.

Teoretycznie brak kosza nie zwalnia nikogo z elementarnej zasady: własnych śmieci nie wyrzuca się na chodnik, trawnik czy pod krzak. Jeśli nie ma pojemnika, odpad powinien zostać zabrany ze sobą.

Praktyka może jednak wyglądać mniej elegancko.

Jeżeli koszy będzie coraz mniej, a mieszkańcy nie zmienią swoich zachowań równie szybko, oszczędność na ich opróżnianiu może częściowo przenieść koszty w inne miejsce. Zaśmiecone chodniki, trawniki i skwery również trzeba przecież sprzątać.

Odpad nie znika tylko dlatego, że zabrano kosz. Nadal musi zostać zebrany, przewieziony i zagospodarowany.

Dlatego ograniczanie liczby pojemników powinno iść w parze z edukacją mieszkańców, odpowiednim utrzymaniem przestrzeni publicznej i rozsądnym rozmieszczeniem tych koszy, które pozostają.

Sklepy również mają swoją rolę

Osobną kwestią są okolice sklepów, punktów gastronomicznych i innych lokali handlowych.

Jeżeli działalność danego punktu powoduje, że jego klienci wychodzą z opakowaniami, kubkami czy innymi drobnymi odpadami, właściciele, najemcy i ajenci powinni również zadbać o porządek w bezpośrednim otoczeniu swoich obiektów i zapewnić klientom możliwość pozbycia się śmieci.

Nie każdy kosz stojący przed sklepem musi przecież należeć do miasta.

Oczekiwanie, że samorząd będzie finansował i codziennie opróżniał pojemniki obsługujące klientów prywatnych punktów handlowych, trudno uznać za jedyne możliwe rozwiązanie.

Kosz nie jest usprawiedliwieniem, ale jego brak też nie rozwiązuje problemu

W tej sprawie nie ma prostego wyboru między „dużo koszy” a „żadnych koszy”.

Miasto i pozostali zarządcy dróg mają prawo liczyć koszty. Przy rosnących cenach usług komunalnych utrzymywanie setek małych pojemników rzeczywiście może oznaczać duże wydatki.

Z drugiej strony przestrzeń publiczna powinna być projektowana z uwzględnieniem rzeczywistych zachowań ludzi, a nie wyłącznie tego, jak chcielibyśmy, żeby się zachowywali.

Najbardziej rozsądny wydaje się więc model pośredni: kosze przede wszystkim w miejscach intensywnego ruchu pieszych, przy przystankach, terenach rekreacyjnych i innych punktach, w których powstaje najwięcej drobnych odpadów. Pozostałą część odpowiedzialności muszą jednak przejąć sami mieszkańcy oraz przedsiębiorcy.

Jeśli kosza nie ma, papierek czy butelka nie przestają być własnością osoby, która właśnie je trzyma. I choć wożenie pustego opakowania w torebce nie jest szczytem życiowych aspiracji, nadal wypada lepiej niż pozostawienie go na trawniku i oczekiwanie, że ktoś inny zajmie się problemem.
MB

Dodaj komentarz

Korzystając poniższego formularza możesz dodać komentarz.

7 × 1 =